Polski rynek nieruchomości w obliczu kryzysu – część I

Redakcja
Redakcja

Data publikacji: 19.05.2011, Data aktualizacji: 22.06.2020

Średnia ocen 4/5 na podstawie 3 głosów

Polski rynek nieruchomości w obliczu kryzysu – część I
Z perspektywy czasu widać, że światowy kryzys dotknął mniej Polskę niż kraje zachodnie. Nie oznacza to jednak, że rodzima gospodarka nie odczuła zmian w ogóle.

Innym modnym słowem, którym od jakiegoś czasu próbuje się opisać ogólną sytuację, a także obecne realia rynku nieruchomości w Polsce, to – stabilizacja. Aby zrozumieć lepiej optymizm części deweloperów i specjalistów, warto wpierw przybliżyć kilka spośród najważniejszych elementów wychodzenia z kryzysu lub reagowania na niego, a co za tym idzie – przybliżyć aspekty, które świadczyły o destabilizacji, bądź chwiejności na rynku.

Kryzys jak kostka Rubika

Uważa się, że światowy kryzys miał swój początek – niekoniecznie źródło rozumiane dosłownie – w Stanach Zjednoczonych. Potężna fala kryzysu – używając sejsmologicznej metafory – zrobiła swoje, uderzając w słabe miejsca kolejnych gospodarek. Należy zwrócić uwagę, że objawy lub echa kryzysu w poszczególnych krajach przybierały specyficzny kształt, zgodny z kontekstem geograficznym, gospodarczym, czy społecznym. Nie inaczej było w Polsce, kraju wymienianym od pewnego czasu jako korzystna sfera inwestorska w dziedzinie nieruchomości oraz jeden ze wschodzących rynków Europy centralnej i wschodniej.

Na przykładzie Polski możemy zauważyć trzy najważniejsze elementy wzajemnej zależności, pomiędzy którymi – bez względu na intensywność – pobrzmiewały echa kryzysu dla rynku nieruchomości. Mowa o relacji sektora dewelopersko-budowlanego, rynku nabywcy oraz oferty banków. Skutki kryzysu dla Stanów Zjednoczonych zostały już szczegółowo opisane do tej pory, a wiedza ta była najczęstszą przyczyną prognoz dla Europy i Polski, które jeszcze w 2005-2006 roku wydawały się co najmniej ponure.

Kryzys ma to do siebie, że wszystko w nim ma swoje znaczenie i choćby najmniejszy element układanki odgrywa w nim konkretną rolę. W konsekwencji obawiano się, że spora część deweloperów, w tym najwięksi, upadnie – także zagraniczni inwestorzy, którzy nie mogli liczyć na wsparcie finansowe ze strony spółek macierzystych. Podobnie prognozowano budownictwo – część firm miała upaść, inne w ramach cięć budżetowych miały masowo zwalniać pracowników i alternatywnie koszystać z tańszych projektów oraz materiałów. Bankowość i najemcy, ostatnie z ogniw w łańcuchu zależności, ściśle ze sobą powiązani i silnie oddziałujący na aktywność na rynku nieruchomości, mieli w najczarniejszych scenariuszach stanowić wzajemne powody dla bankructwa – banki miały upadać, a gro najemców znaleźć się na obrzeżach biedy.

Oczywiście, jest prawdą, że część firm deweloperskich zamknęła swoje biura sprzedaży w Polsce lub śladem firm budowlanych ograniczyła liczbę etatów. Najemcy rzeczywiście byli przerażeni ogólną sytuacją, ich zarobki nie wzrastały, a niejednokrotnie zostały zredukowane, zdarzało się, że nietórzy topili swoje pieniądze w inwestycje, które upadały, bo deweloper nie skończył projektu lub pośrednicy ds. nieruchomości likwidowali swoje biura, ogłaszając upadłość. Banki także zamknęły część oddziałów, zaś jakość niektórych nieruchomości spadła nawet bardziej niż ceny za nie. Okazuje się jednak, że nie była to tak totalna sytuacja, jakiej się początkowo spodziewano, a polski rynek nieruchomości, podobnie jak bankowość, czy większość nabywców radzili sobie całkiem nieźle, tak czy inaczej uchodząc przed kryzysem z życiem. Jak wygląda sytuacja, gdy opada kurz po bitwie, jak powszechnie się sądzi? Czy sytuacja – ani biała, ani czarna, jak się zdaje – realnie zakłada pozytywny scenariusz?

Nie taki diabeł straszny, jak go prognozowali

Mimo zamieszania na rynku nieruchomości, ograniczonych możliwości najemcy oraz nie zawsze jasnych kryteriów cenowych wśród deweloperów, ceny nieruchomości spadały. Swój wpływ na to miała inflacja, która choć niemal nawykowo traktowana pejoratywnie, to z punktu widzenia ekonomii jest ani dobra, ani zła. W tym konkretnym przypadku polskiego rynku nieruchomości okazała się przydatna i funkcjonalna. Deweloperzy schodzą coraz częściej z cen i zauważmy, że koszt kredytu hipotecznego zaciąganego na zakup nieruchomości coraz częściej przekracza wartość kupowanej nieruchomości, co w niedalekiej przyszłości będzie miało swój wpływ na dalszy rozwój sytuacji. Jest to rzecz trudna do wyobrażenia sobie np. na rynku niemieckim, gdzie większość konsumencka wynajmuje nieruchomości zamiast je kupować (ok. 40%), bo ta opcja jest bardziej opłacalna. W Polsce możemy zauważyć niemal odwrotnie proporcjonalną sytuację, gdzie szacuje się, że ok. 70% nieruchomości stanowi mieszkania własnościowe.

Kogo stać na kryzys?

Powyższa sytuacja jest zasadniczo pozytywna, choć mając na względzie przykłady państw zachodnich, gdzie kryzys był bardziej odczuwalny, należałoby zachować pewną ostrożność. Nie można dopuścić do sytuacji znanej ze Stanów Zjednoczonych, czy Hiszpanii, gdzie życie ponad stan oraz nieograniczony dostęp do kredytów spowodowały znacznie większe spustoszenie. Można wyciągnąć wniosek, że paradoksalnie biedniejsze społeczeństwo polskie nie zaznało tak dotkliwych skutów kryzysu m.in. dzięki możliwościom, które w porównaniu z zachodnimi społeczeństwami były w większej mierze ograniczone. Młoda demokracja i jeszcze młodszy kapitalizm sprawiły, że wyouczona nieufność oraz niechęć do zadłużeń zadziałały jak bufor. Także deweloperzy i banki, które chciały utrzymać się mimo kryzysu, musiały wyjść naprzeciw oczekiwaniom i możliwościom potencjalnych nabywców i kredytobiorców, elastycznie traktując własną ofertę. Sytuacja w Polsce jest nieporównywalnie lepsza niż w Stanach Zjednoczonych, gdzie amerykańskie prawo finansowe jest dużo bardziej restrykcyjne, a procedura przejmowania nieruchomości przez bank i licytacje  komornicze – dużo bardziej powszechne.

Obecnie o kredyt hipoteczny w wielu bankach mogą ubiegać się klienci, którzy pracują w oparciu o umowę-zlecenie, co jescze kilka lat temu było sytuacją rzadką. W tej chwili każdy kto pracuje w jednej firmie minimum pół roku, zarabiając określoną sumę pieniędzy może ubiegać się o kredyt hipoteczny na korzystnych warunkach. Banki, biorąc pod uwagę fakt, że umowa o pracę na czas nieokreslony należy w tej chwili do rzadkości i chcąc sprzedać swój produkt, musiały wyjść naprzeciw realiom. Z kolei umowa na czas określony lub zlecenie są jedną z najczęściej podejmowanych form zabiezpieczania się pracodawców, którzy zdają sobie sprawę ze strat finansowych, wynikających z trudności zwolnienia pracownika w dobie kryzysu. Choć sytuacja ta jest nie bez kozery krytykowana przez środowiska pracowników, stanowi jednocześnie ogniwo pośrednie pomiędzy bankiem i jego ofertą, a deweloperem, który sprzedaje nieruchomość nabywcy wyposażonemu w kredyt hipoteczny. Bez względu na to, jak łagodnie potraktował nas kryzys, nabywcy kupujący nieruchomość za gotówkę, to nadal spora egzotyka.

Redakcja
Redakcja

Redakcja portalu RynekPierwotny.pl dba o to, by treści ułatwiły Ci proces poszukiwań nowego mieszkania i pomogły po zakupie.

Subskrybuj RynekPierwotny.pl w Google News

PODZIEL SIĘ:

KATEGORIE:

OCEŃ ARTYKUŁ:

Komentowanie dostępne tylko dla zalogowanych użytkowników.

    Artykuły powiązane

    Regionalne

    Rynek nieruchomości

    Wiadomości

    Wnętrza

    Inne

    Udostępnij
    Twoja przeglądarka nie jest obsługiwana

    Nowa odsłona RynkuPierwotnego została stworzona w oparciu o najnowsze technologie zapewniające szybsze działanie serwisu i maksymalne bezpieczeństwo. Niestety, Twoja aktualna przeglądarka nie wspiera tych technologii.

    Sugerujemy pobranie najnowszej wersji jednej z poniższych wyszukiwarek: